Żywe kultury bakterii a probiotyki

Bakterie w jedzeniu a probiotyki

Dodano przez Koala Kombucha w dniu Czerwiec 6, 2020

Dlaczego produkty zawierające żywe kultury bakterii nie zawsze są probiotykami?

Wiadomo nie od dziś, że nasza ulubiona grupa zawodowa - politycy lubią rozpieszczać nas wprowadzaniem rewolucyjnych i ułatwiających nasze życie przepisów.
W ostatnich dniach natrafiłem na informację, która nieco nadszarpnęła moje zaufanie do władz naszego kontynentu.

Ustawy Mam wiele ciekawych ustaw...

O co chodzi? Jak zwykle o kasę…

Ok, ale zacznijmy od początku. W dzisiejszych czasach nie ma chyba osoby która nie zetknęła by się z terminem “probiotyk”. Hasło mniej lub bardziej znane, w zależności od zainteresowań nie określa niczego innego jak żywe kultury bakterii które mają za zadanie zasiedlić (niestety czasowo, ale o tym kiedy indziej…) nasz układ pokarmowy. Po zasiedleniu, bakterie m.in. chronią nasz organizm przed nieproszonymi gośćmi, zwiększają wydajność energii z pożywienia, czy wzmacniają organizm np. przy antybiotykoterapii.

Probiotyki znane są od setek lat, przyjmujemy je praktycznie codziennie mniej lub bardziej świadomie jedząc np. czosnek, cebulę, por, szparagi czy choćby banany.
Tradycyjna kuchnia Polska jest szczególnie bogata w żywe kultury bakterii ze względu na nasze umiłowanie do kiszonek. Kapusta, czy ogórki kiszone, kefiry, jogurty czy wszelkiego rodzaju zakwasy są ich najlepszym źródłem.
No I właśnie w tym tkwi moja bolączka…
Idąc do apteki, znajdziesz co najmniej kilkanaście różnych probiotycznych suplementów diety. Dostępne bez recepty, reklamowane przez producentów jako najlepszy prezent dla naszych organizmów tabletki często okazują się zawierać śladowe ilości (lub całkowity brak) żywych kultur bakterii!

Jeśli wiemy, że w ogólnodostępnych produktach bakterie występują najliczniej, to dlaczego napis probiotyk znajdziemy jedynie na opakowaniach drogich suplementów?

Widzieliście kiedyś “Probiotyczną Kapustę Kiszoną” albo “Naturalnie Probiotyczne Ogórki Kiszone”? Nie widzieliście, bo ich nie ma.
Zgodnie z normą europejską, produkty probiotyczne muszą przejść badania kliniczne na zwierzętach bądź ludziach, więc komercyjnie termin jest zarezerwowany wyłącznie dla tych których na to stać (czytaj koncernów farmaceutycznych).

O ile jestem w stanie zrozumieć motywację wprowadzenia tego typu regulacji dla produktów leczniczych, tak nie widzę sensu na rynku suplementów diety - który swoją drogą charakteryzuje się bardzo niskimi regulacjami.

Sytuacja ma się inaczej poza terenem UE - w Japonii, nikt nie podważa probiotycznych właściwości kimchi, producenci dumnie umieszczają tego typu informację na etykietach naturalnie fermentowanych produktów. W Australii czy USA praktycznie każda niepasteryzowana kombucha oznaczona jest jako produkt probiotyczny i nikomu to nie przeszkadza.

W Polsce producenci będąc w posiadaniu akredytowanych badań potwierdzających konkretne szczepy oraz ich liczebność mogą co najwyżej umieścić informacje o występowaniu żywych kultur bakterii. Czy jest to fair? Moim zdaniem nie. Opakowania produktów powinny dawać nam jednoznaczną informację o działaniu i składzie danego produktu. Jeśli wiem że producent kapusty kiszonej, ogórków, jogurtów czy kombuchy może (przy zachowaniu odpowiedniej technologii produkcyjnej) dać mi produkt probiotyczny to powinien móc mi to zakomunikować nie ponosząc przy tym gigantycznych kosztów.

Udzielanie wyłączności na używanie terminu probiotyk producentom drogich kapsułek w sytuacji w której takie same, lub lepsze działanie ma tani ogólnodostępny produkt uważam za delikatnie mówiąc podejrzane.